Już dawno nie było na blogu wpisu o Google, czas to zmienić!

Spojrzymy tutaj na YouTube’a, jeden z większych nabytków Wujka G. Platformę z filmami, która zaczynała od haseł promujących niezależną i amatorską twórczość (Broadcast Yourself). Obecnie pełną afer, nadgorliwych algorytmów i stopniowego dokręcania śruby swoim twórcom.

Przedstawiam Wam niefilmowy dokument o ciemnych stronach YouTube’a. Reżyseria moja, w roli głównej Google.

Wpis rozbiję na dwie części. Ta skupi się na początkach YouTube’a i dwóch epizodach z jego historii – sporze z Viacomem oraz aferze ElsaGate.
Część druga będzie poświęcona podporządkowaniu się algorytmom i reklamodawcom.

Układ będzie przede wszystkim chronologiczny, ale czasem będę rozwijał wątki poboczne, nieco skacząc w czasie.

Kolaż złożony z kilku elementów na ciemnym tle. Pośrodku mamy logo Google. Na nie nałożono logo YouTube'a w taki sposób, że wydaje się przedłużeniem poprzeczki literki G. W jego stronę skierowany jest grot strzałki. Obok tej strzałki znajduje się emota z przerażoną miną. Oprócz tego obrazek zawiera w rogach grupę rysunkowych postaci, miniaturkę z filmiku pokazującą jak jeden ludzik z patyków dusi innego, rysunkową postać z głową Myszki Miki i złośliwą miną uciekającą z porwanym pieskiem, a także przekreśloną ikonę kciuka w dół.

Spis treści

Początki i szerszy kontekst

Ta część będzie krótka, tak tylko dla kontekstu. Przedstawię tu głównie informacje z pewnego wątku z ciekawostkami.

YouTube został założony w 2005 roku przez trójkę byłych pracowników PayPala.

Najważniejsze dla nas wydarzenie nastąpiło blisko końca 2006 roku. Wtedy to YouTube trafił pod skrzydła Google’a, kupiony za równowartość 1,65 mld dolarów.

Logo Ciemnej Strony Ciekawostka

W pierwotnym zamyśle twórców YouTube miał być portalem randkowym, na który zamiast zdjęć wrzuca się filmy. Zresztą domenę youtube.com zarejestrowano w Walentynki. Jednak, widząc znikome zainteresowanie, szybko poszerzyli formułę.
Początkowo wrzucane filmy mogły trwać najwyżej 30 sekund. Można powiedzieć, że YT był TikTokiem, zanim to stało się modne.

Na tamtym etapie nie było większych kontrowersji, może poza jedną – zostali pozwani przez właścicieli utube.com, stronki 10 lat starszej; producentów sprzętu do obróbki metalu.
Przez podobieństwo fonetyczne strona mniejszej firmy była przeciążana przez ludzi, którzy pomylili adresy. Koszty hostingu wzrosły im ponad 20-krotnie. Przez formularz wysyłano im wiadomości w stylu WHERE THE FUCK ARE ALL THE VIDEOS???.
Zostali również niesłusznie oskarżeni o hostowanie pornografii z udziałem nieletnich. Ostatecznie poddali się, starą domenę obudowali reklamami (albo sprzedali) i przeszli pod utubeonline.com.

Parę liczb i statystyk

Już w 2007 roku, krótko po przejęciu, co minutę na YT wrzucano przeciętnie 20 godzin filmów. W 2019 i 2020 roku już ponad 500 godzin.
To około 82 lata filmów na dzień. Wielu osobom, nawet gdyby nic nie robili poza oglądaniem, nie starczyłoby życia na obejrzenie wszystkiego, co trafia na YT w ciągu jednego dnia.

W sprawach finansowych bywają zadziwiająco tajemniczy. Dopiero w 2020 roku – po 15 latach działalności – ujawnili dokładniejsze przychody, z podziałem na te uzyskane z reklam.

Faktycznie dostają sporo pieniędzy. Tylko że to przychody. A co z ich kosztami i zyskami?
(Przypominajka z ekonomii: zyski = przychody minus koszty. To pieniądze, które zostają w kieszeni).

Da się znaleźć informacje o zyskach ich właścicieli, całej grupy Alphabet. Tylko że to podsumowanie dla szerokiego wianuszka firm, bez podziału na szczegóły.
Nie znalazłem natomiast wzmianki o tym, jakie koszty ponosi sam YouTube – a w szczególności jakie ponosił w czasach największego wzrostu.

Można obstawiać, że przy serwowaniu tylu wielkich plików mogą być gigantyczne. Zresztą jeszcze w 2015 roku w Wall Street Journal pisali, że mimo miliarda widzów YouTube właściwie wychodzi na zero. Tyle samo zarabia, co wydaje na utrzymanie.

Można wysnuć przypuszczenie – czy YouTube mógłby w ogóle istnieć, gdyby:

  • Google nie dopłacał do interesu?
  • Nie podtrzymywał go swoją gigantyczną infrastrukturą?
  • Nie podsuwał filmików z YT na szczycie wyników wyszukiwania?
  • Nie wymagał od dystrybutorów, żeby aplikacja YouTube była domyślnie zainstalowana na każdym telefonie z Androidem?

Podobne pytania zadają sobie ludzie walczący z praktykami monopolistycznymi. Nieco bardziej ogarnięci niż przeciętny korporynkowiec i jego mądrości w stylu „tak chciał rynek” albo „to prywatna firma, może robić co chce”.

Motyw powiązań między usługami Google’a to stała część tej serii. Ale może wróćmy do samego YouTube’a. Widzimy, że jest duży. A teraz spójrzmy, jak wyglądała wyboista droga ku tej wielkości.

YouTube kontra Viacom

Zacznijmy od historii z 2007 roku, krótko po przejęciu. O tyle ciekawej, że Google nie był tu agresorem, lecz bronił użytkowników wyłączności do zbierania danych użytkowników.
Cała sprawa miała kilka wymiarów. Jej tło prawne zostało fajnie i zwięźle omówione w pewnej prezentacji.

Kwestia naruszenia praw autorskich

Viacom to duży konglomerat telewizyjny – właściciele popularnych odmóżdżaczy takich jak MTV, Comedy Central i Nickelodeon. A poza tym producenci między innymi SpongeBoba.

Mieli z YouTube’em na pieńku. Oskarżyli platformę o to, że trzyma u siebie ponad 150 tysięcy fragmentów viacomowych produkcji, pozbawiając ich w ten sposób widzów.
Apelowali o ich usunięcie, powołując się na amerykańską ustawę DMCA (Digital Millenium Copyright Act) – regulującą prawa autorskie w cyfrowym świecie. Potem uderzyli również pozwem, domagając się miliarda dolarów zadośćuczynienia.

Wyczuwając dobrą okazję, równoległym pozwem uderzyły również inne większe grupy, takie jak Warner Music Group. Ale nie na nich się tu skupimy.

Rozpoczęła się sądowa batalia, która miała potrwać jeszcze wiele lat. Wizerunkowo stracił na niej głównie Viacom. Ale wyszło również kilka spraw nieco psujących wizerunek YouTube’a.

Sprawa pierwsza: ochocze kasowanie filmów.
YouTube, w obliczu prawnych gróźb, postanowił usunąć wskazane filmy. Tylko że Viacom błędnie wskazał część z nich. Doszło do tego, że YouTube usunął również niewinne, niezawierające viacomowych treści.

Co gorsza, w miejsce usuniętych filmików wstawili komunikaty informujące wszystkich potencjalnych widzów, że film usunięto przez naruszenie praw autorskich. Tak jakby to było pewne. Pokrzywdzeni oskarżyli ich o zniesławienie.
Po tej wpadce YouTube zmienił komunikat; od teraz informował jedynie, że zgłoszono naruszenie, nie odnosząc się do prawdziwości zarzutu. Ale, jak zobaczymy, sama szybka ręka do usuwania mu została.

Sprawa druga: działanie z premedytacją.
Jak pokazują dokumenty ze sprawy, szefostwo YouTube’a wiedziało o tym, że ma u siebie sporo cudzych treści. Ale celowo działało opieszale, wiedząc że ich obecność buduje popularność platformy. Tu przykład dyskusji na temat filmiku skopiowanego od CNN:

the CNN space shuttle clip, I like. we can remove it once we’re bigger and better known, but for now that clip is fine.

Logo Ciemnej Strony Ciekawostka

Skupiam się na YouTubie, ale Viacom również zaliczył w toku sprawy porządną wtopę i wyszedł na hipokrytów.
Okazało się mianowicie, że sami, przez zaprzyjaźnione agencje, wrzucali fragmenty swoich produkcji na YouTube. W tym również takie, których usunięcia później żądali.
Możliwe że to przykład braku spójności w dużej korpo. „Lewa ręka nie wie, co robi prawa”. Ale równocześnie, w realiach sądowej walki, wyglądało trochę jak podrzucanie dowodów.

Kwestia danych użytkowników

Sprawa trzecia (i najważniejsza z punktu widzenia prywatności): przekazanie danych użytkowników.

Viacom w toku sprawy zażądał ujawnienia przez YouTube dwóch rzeczy:

  • kodu źródłowego platformy;
    (żądanie o tyle szemrane, że mieli własną platformę spike.com, która by dużo zyskała na poznaniu algorytmów YouTube’a).

  • historii wszystkich interakcji z filmikami z YouTube’a.

Sędzia nie przychylił się do pierwszego żądania, mówiąc że to ważna tajemnica handlowa. Zezwolił natomiast na ujawnienie danych użytkowników.
Oficjalnie wszystko na potrzeby rozprawy, a Viacom dostałby surowy zakaz wykorzystania tych informacji do celów komercyjnych. Ale bądźmy realistami.

Logo Ciemnej Strony Heheszki

W proteście wobec całej sytuacji ludzie podsuwali Google’owi różne pomysły, jak zachować zgodność z literą prawa, a przy tym uprzykrzyć życie Viacomowi.
Padł na przykład pomysł, żeby wysłać im dane w formie papierowych wydruków.

Pierwotnie dane miałyby zawierać wewnętrzne youtube’owe identyfikatory (pliki cookies) oraz adresy IP osób, które dany film wyświetliły.
Wyświetliły, podkreślmy, w dowolny sposób. Przez stronę główną YT… Ale nie tylko. Dane wędrowały do YouTube’a również w przypadku kliknięcia materiału osadzonego na zupełnie innej stronie.

Logo Ciemnej Strony Powiązane wpisy

Sposób, w jaki elementy gościnne (takie jak osadzony film od YouTube’a) mogą przekazywać dane swoim stronom macierzystym, opisałem w swoim wpisie z serii „Internetowa inwigilacja”.

Wyobraźcie sobie tylko.
Wchodzicie na jakieś forum albo bloga, gdzie widzicie miniaturę filmiku z YouTube’a. Klikacie w niego (nawet nie musicie oglądać; wystarczy jeden klik).
Spodziewalibyście się, że przez to kliknięcie Wasz adres IP trafi do YouTube’a? Zaś z bazy YT do jakiejś innej amerykańskiej korpo? Jeśli korzystacie ze statycznego IP, to przy odrobinie pracy dałoby się to powiązać z aktywnością na innych stronach. Może nawet poznać tożsamość?

Google powtarza często: „nie sprzedajemy Twoich danych zewnętrznym firmom”. I mówią prawdę!
Bo gdyby je sprzedali, to wypuściliby z ręki kurę znoszącą złote jajka. Dlatego wolą je trzymać w zamkniętym obiegu, mocno chronione i odgrodzone od świata.

Ale przypadek sporu z Viacomem pokazuje, że ten obieg wcale nie jest taki szczelny. Dane, które nigdy nie zostaną usunięte, prędzej czy później trafią w cudze ręce.

Na szczęście do najgorszego raczej nie doszło. Raczej, bo mamy tylko zapewnienia.
Ostatecznie YT dogadał się z Viacomem co do przekazania danych i ogłosili, że zamiast adresów IP i nazw kont użyją anonimowych identyfikatorów.

Podsumowanie aferki

Batalia sądowa została rozstrzygnięta dopiero w 2014 roku, przez zawarcie ugody (której treści nie ujawniono). Wieloletni spór kosztował każdą z firm ponad 100 milionów dolarów.

Ta sprawa pokazuje nam walkę między wielkimi korpo, w której nie ma bohaterów.
Mimo że działania Viacomu mogą budzić odrazę (hipokryzja, próba przejęcia jak największej ilości danych), YouTube również ma swoje za uszami:

  1. Na zewnątrz troskliwe misie, za kulisami dość cyniczni. Było im na rękę, żeby nie usuwać filmów od Viacomu, póki absolutnie nie musieli. Bo te budowały popularność serwisu.
  2. Gdy już grunt zaczął im się palić pod nogami, to usuwali wszystko co Viacom wskazał. Łącznie z niewinnymi filmikami.
  3. Udostępnili obcej firmie dane łączące użytkowników z filmami. Owszem, pod wpływem nakazu sądu. Ale gdyby nie zbierali ich w takich ilościach, to w ogóle nie byłoby sprawy.

Afera miała również daleko idące konsekwencje. Żeby zabezpieczyć się przed roszczeniami związanymi z prawami autorskimi, YouTube wprowadził Content ID – system identyfikujący treści.

Jeszcze do niego wrócimy w drugiej części wpisu. Ale na zachętę niech wystarczy fakt, że kiedyś przez ten system zablokowano filmik agencji kosmicznej NASA… który sami wrzucili na platformę.

Dziwny świat YouTube’a

Na moment odejdziemy od kolejności chronologicznej, bo do zrozumienia kolejnej sprawy przydadzą nam się podstawy zarabiania na filmikach.
Spójrzmy, jak wygląda mainstreamowa część YouTube’a:

Kolaż ułożony z miniaturek filmów z YouTube'a wraz z opisami. Żadna z nich nie była edytowana na potrzeby bloga. Trzy opisy są po polsku, dwa po angielsku. Przykładowe tytuły mówią, 'Sposób, jak poderwać każdą dziewczynę'. Na dwóch miniaturach widać zbliżenia na twarze ludzi robiących przesadzone, zdziwione miny. Na innej otoczono liczbę czerwonym kółkiem i skierowano w jej stronę jaskrawą żółtą strzałkę.

Tutaj trwa walka o widza. Wyliczmy parę chwytów psychologicznych:

  • jaskrawe kolory,
  • miny pełne emocji,
  • wielkie napisy na miniaturach,
  • mieszanie zwykłego tekstu z CAPS LOCKIEM,
  • zwroty emocjonalne i w drugiej osobie („nie uwierzysz”).

A to pierwsze filmiki z brzegu. Każdy, kto czasem łaził po YouTubie, nie trzymając się jedynie muzyki albo niszowych kanałów, na pewno na takie przypadki trafił.
Oglądając same filmiki, zobaczymy kolejną prawidłowość. Bardzo często proszą w nich o polubienie i subskrybowanie kanału.

Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o… monetyzację.

O monetyzacji słów kilka

Na YouTubie da się zarabiać. W tym celu trzeba dołączyć do programu partnerskiego.
Wymaga to spełnienia kilku wymagań formalnych (liczba obejrzanych godzin naszych filmów, liczba subskrybentów, konto AdSense…) oraz mniej uregulowanych (sprawdzenie przez weryfikatorów, czy kanał „jest zgodny”).

Ach, no i nie ma czegoś takiego jak rok odpoczynku od YouTube’a:

możemy wyłączać zarabianie w przypadku kanałów, które przez 6 miesięcy lub dłużej nie przesłały żadnego filmu ani nie opublikowały żadnego posta na karcie Społeczność.

A jeśli już ktoś się zakwalifikuje, to ma kilka metod zarabiania. Przy czym trzy z nich wymagają bezpośredniej wpłaty od fanów. Jedna wymaga, żeby mieli wykupione na YT konto premium.
Tylko ostatnia z metod – przychody z reklam – pozwala zarobić bez nakłonienia ludzi do tego, żeby rozstali się z pieniędzmi.

W zakładce na temat reklam znajdziemy taką informację:

Reklamy wideo raczej nie będą wyświetlać się w krótkich filmach. Chcemy w ten sposób poprawić wrażenia widza oraz przychody wygenerowane podczas sesji odbiorcy w YouTube.

A dłuższy film, według innej informacji, trwa ich zdaniem ponad 5 minut. Z kolei w przypadku filmów 8-minutowych i dłuższych można wrzucić więcej reklam w środek filmu.

W takich realiach twórcom chcącym zarobić opłacają się następujące działania:

  • namawianie do subskrybowania kanałów,
  • tworzenie długich i rozwlekłych filmów.

    Po pierwsze, spełnią wymóg liczby wyświetlonych godzin. Po drugie, mogą do nich napchać więcej reklam.

  • Używanie psychologicznych trików do zwabienia widzów.

    To wszelkie graficzne wabiki związane z jaskrawością, CAPS LOCKIEM, słowami oraz minami pełnymi emocji.

Zapamiętajmy te fakty, bo nam się przydadzą do zrozumienia afery ElsaGate.

ElsaGate

Elsa od głównej bohaterki „Krainy lodu”. Przyrostek -gate, bo to afera. Jak Watergate czy całkiem nowy PegasusGate. Sprawa toczyła się długie lata, ale zrobiło się o niej głośno w 2017 roku.

Krótko mówiąc, chodziło o odkrycie ogromnych ilości kontrowersyjnych filmików rysunkowych, kierowanych bezpośrednio do dzieciaków.
W wielu z nich wykorzystywano postacie znane z bajek dla dzieci. Takie jak wspomniana Elsa, ale również Myszka Miki, Spiderman czy postacie z My Little Pony. Większość w wersji rysunkowej, niektóre nawet w aktorskiej.

Dwie miniatury filmów z YouTube'a ciemnym tle. Na pierwszej widać trzy postacie w kostiumach Elsy, Spidermana i Jokera. Na drugiej rysunkowego Spidermana i Elsę, stylizowanych na postaci dziecięce. Spiderman ma na brodzię pianę, a Elsa pociąga łyk z butelki podpisanej 'piwo' po angielsku.

Elsa, Spiderman i Joker to stali bywalcy ElsaGate.
Jeśli już Joker się pojawia w wersji aktorskiej, to zawsze w tej masce.

Choć szczyt afery miał miejsce lata temu, nadal możecie znaleźć na YT wspomniane filmy. Wystarczy wpisać w pasek wyszukiwania na przykład "ivy mouse", koniecznie w cudzysłowie.
(To nazwa jednej z niewielu oryginalnych postaci, nieistniejących właściwie poza ElsaGate).

Zbiór zrzutów ekranu pokazujących miniaturki filmów wraz z opisami. Widać na nich postacie o ludzkich ciałach i głowach przypominających Myszkę Miki. Opisy mówią na przykład, że Ivy Mouse grozi samobójstwem albo próbuje przeciąć Myszce Minnie bikini. Na dole widać zbliżenie na jeden z obrazków, na którym Ivy ze złośliwą miną ucieka z pieskiem w rękach.

Mysia ciąża, kradzież pieska, przecinanie bikini, grożenie samobójstwem.
To i tak dość łagodne jak na ElsaGate!

Jak widać po obrazkach, mamy tu ciekawą wariację na temat Myszki Miki – mysie głowy, ale całkiem ludzkie ciała.
Jeśli wierzyć miniaturom, Ivy prawie zawsze jest zołzą, która w ramach filmików elsagate’owych rywalizuje z Minnie o Mikiego. Coś jej niszcząc, porywając ją albo nawet próbując zabić. Wszystko w kreskówkowej oprawie z nieco tandetną animacją.

Moje przykłady to zresztą naprawdę łagodne rzeczy w porównaniu z niektórymi miniaturami. Miewamy tam:

  • Kadry z boku w stylu rentgenowskim, pokazujące rysunkowe owady i pająki w brzuchach postaci.
  • Fetysze (Spiderman, na którym stoi postać w szpilkach; upokarzanie jednej postaci przez inne; wiązanie, porywanie i kneblowanie).
  • Przedmioty codziennego użytku przedstawione jako wrogowie (schody ruchome wciągające Myszkę Miki; toaleta z wampirzymi zębami).
  • Motyw śmierci (nagrobki z twarzami znanych animowanych postaci).
  • …I wiele innych.

Obszerniejszą listę faktów i motywów znajdziecie w poście wprowadzającym na Reddicie.
A jeśli nie możecie sobie tego wyobrazić, to pewien użytkownik Twittera, korzystając z własnego skryptu, stworzył wielką galerię miniaturek ElsaGate.

Skala zjawiska była naprawdę ogromna. Filmów w tym stylu było wiele tysięcy i ciągle przybywało nowych; niektóre liczyły sobie miliony wyświetleń. W tym wypadku wydawało się mało prawdopobne, żeby chodziło o parodię i czarny humor.

Interpretacja

Pojawiły się oczywiście głosy, że to spisek. Że ktoś próbuje za młodu zdeprawować dzieciaki, pokazać im wszystko co najgorsze. W sumie, patrząc na treść niektórych miniaturek, nie byłby to taki zarzut z czapy.

Mimo to skłaniam się bardziej ku interpretacji Jamesa Bridle’a z jego artykułu Something is wrong on the internet.
Autor wskazuje, że w całej sprawie może chodzić o wykorzystanie systemu monetyzacji do granic możliwości.

Przypomnijmy sobie fakty. Im więcej wyświetlonych godzin, tym większy zarobek dla twórców. Ktoś musi nabić te godziny, a dorośli bywają wybredni.
A dzieci, które rodzice zostawili sam na sam z tabletem i autoodtwarzaniem? Którym wystarczy wyświetlić kolorowy szmelc ze znanymi postaciami, żeby przykleiły się do ekranu? :wink:

Mam parę równie subiektywnych odczuć, jeśli chodzi o filmiki związane z ElsaGate:

  • Słowa kluczowe – wiele z nich jest szokujących, ale treść samych filmów nieraz nudna i prozaiczna.

    „Samobójstwo” i „śmierć”, ale także „finger family song” i „learn colors”. Niekoniecznie chodzi o rzeczy mroczne; może chodzić o rzeczy mocno skorelowane z oglądalnością.
    Te dwa zbiory nieraz się pokrywają; skądś zresztą się wzięło zjawisko clickbaitów.
    Poza tym, jeśli spojrzymy na tytuły i opisy filmików w stylu ElsaGate, rzadko kiedy są spójnymi zdaniami. To bardziej zlepki takich popularnych słów.

  • Znane postacie – trochę jak wyżej. A poza tym znajome wizerunki bardziej zachęcają do obejrzenia filmów.
  • Miniaturki – jak wyżej.

    Czasem w ogóle nie pasują do słów kluczowych. A jeśli nawet, to mogły zostać wygenerowane automatycznie albo przy minimalnej ludzkiej interwencji.
    „Masz tu słowa z tytułu, przedstaw je na jednym obrazku”.

  • Banalne i szablonowe koncepcje

    Odcinki prawie nie mają fabuły, to raczej zestawy niepowiązanych scenek. Recykling wyrazów twarzy, modeli i dźwięków – coś takiego można w łatwy sposób generować komputerowo i wypuszczać w dużych ilościach.

Wszystko to moim zdaniem przykład takiej samej motywacji, jaka przyświeca również zwykłym twórcom. Słowa kluczowe, jaskrawość, filmiki tworzone pod wepchanie reklam.
Wiele osób chciałoby mieć maszynki do zarabiania kasy na reklamach. Niektórzy wzięli na cel dzieciaki i zautomatyzowali się mocniej niż inni. Stąd ElsaGate.

A filmiki z żywymi aktorami? Można po prostu zapytać autorów :wink: Pewien artykuł z TubeFiltera poświęcony sprawie ElsaGate zawiera ich wypowiedzi (głównie osób z kanału Toy Monster).
Mówią, że zaczynali od filmów z figurkami superbohaterów, a stamtąd przeszli do odgrywania tych samych postaci. Filmy są nieme, żeby mogły trafiać do dzieci z całego świata.

Większość wyświetleń, jak mówią, zyskali nie dzięki świadomym subskrypcjom, lecz dzięki temu, że byli wyświetlani wśród filmów polecanych. To algorytmy YouTube’a rozdmuchały popularność ElsaGate, a nie boty i sztuczki twórców.

Oczywiście mamy również filmiki niepokojące, w których przemoc pojawia się poza miniaturkami (albo nawet wbrew łagodnym miniaturom). Niewykluczone że w świat tych dziwnych animacji weszły trolle internetowe, naśladowcy nie łapiący sensu, zwyrole i tym podobni.
Ale nadal trzymam się wersji, że ElsaGate ma korzenie pragmatyczne i marketingowe; nie chodzi o pranie mózgów.

No ale dobra. Miałem pisać o YouTubie vel Google, a nie o kontrowersyjnych twórcach.
W przypadku Wujka G. problem polegał na tym, że nie reagowali. Sprawa trwała i trwała, przebiła się do mediów, zgłoszeń przybywało. Dzieciaki oglądały fetyszystyczne miniaturki i ukryte pod nimi filmiki.
YouTube, poza ogólnymi zapewnieniami, nie poczynił większych kroków.

I tu nieco mroczniejsze spojrzenie – YouTube zarabia na reklamach. Jeśli dzieciom wyświetlało się ich wiele, to oznaczało to kasę dla platformy. Zwyczajnie nie opłacało im się usuwać tych filmów.

Pamiętacie sprawę CNN i Viacomu z początku wpisu? „Będziemy musieli to usunąć, ale potrzymajmy jak najdłużej”.

A może jestem zbyt cyniczny? Może po prostu usuwanie treści jest bardzo trudną sprawą?
Zapewne jest, jeśli ktoś nieracjonalnie się uprze, że muszą to robić automatyczne algorytmy. Data science jest cool, AI jest sexy.

A co by się stało, gdyby pozwolić wykazać się ludziom? Fajnie opisał to autor, którego galerię miniaturek z ElsaGate podrzuciłem wcześniej.

@Tahina_Spector

Wystarczyły mi 2 miesiące, żeby znaleźć setki kanałów i setki tysięcy filmów. Przez zwykłe automatyczne pobieranie stron i przechodzenie na kanały promowane oraz wspomniane w opisach. Ze sztucznie ograniczoną szybkością pobierania i na dziadowskim komputerze. A wyobraźcie sobie, co mogło zrobić Google. (…) Ani Google, ani Disney nie byli zainteresowani sprawą. Powiedzieli jedynie, że się tym zajmą i można się rozejść.

Źródło: wątek z Twittera. Skróty i tłumaczenie moje; dość luźne, żeby unikać terminów technicznych.

Google uległ pod koniec 2017 roku, kiedy więksi reklamodawcy zagrozili odejściem. Wprowadził zakazy zabraniające zmonetyzowanym filmom pokazywania rysunkowych postaci w kontrowersyjnym kontekście.

Co nie zmienia faktu, że mimo jednej przegranej bitwy nie zaniechali wojny. Wojny o zastąpienie moderatorów algorytmami. W ich statystykach zgłoszeń „moderatorzy” automatyczni nadal wiodą prym:

Wykres słupkowy, na którym widać 5 kolorowych słupków pokazujących, ile zgłoszeń pochodzi z różnych źródeł. Pierwszy słupek jest znacznie wyższy od innych i odpowiada mu liczba prawie 6 milionów oraz podpis 'Zgłaszanie automatyczne'. Drugi po nim jest znacznie niższy i odpowiada mu liczba jedynie około 300 tysięcy.

Źródło: oficjalna podstrona YouTube.

A jaka część tych zgłoszeń jest prawdziwa? Od jakiej części ktoś się z powodzeniem odwołał? Tymi informacjami już się nie dzielą.

Podsumowanie części pierwszej

Mieliśmy tutaj niezły miks. Zbieranie (i potem, pod nakazem, oddawanie obcym) danych użytkowników. Przetrzymywanie treści kontrowersyjnych, jeśli tylko są dla platformy zyskowne. Stworzenie systemu zachęt, który prowadził do patologii.

Obie opisane aferki – wojnę z Viacomem i ElsaGate – łączy opieszałość YouTube’a. Dziwnym trafem pojawiająca się wtedy, kiedy interwencja wymagałaby usunięcia często oglądanych treści. A że YouTube zarabia na wyświetleniach i reklamach…

Kolejna sprawa: ich reakcja, gdy już zareagować musieli.
Odpowiedzią na większe afery w obu przypadkach było wprowadzenie jakiegoś systemu. W odpowiedzi na problemy z ochroną praw autorskich? Content ID. W odpowiedzi na kontrowersyjne filmy? Automatyczna moderacja.
Wszystko, byle tylko uniknąć zatrudniania ludzi. Ludzie się nie skalują.

W drugiej części wpisu, która ukaże się już niebawem, pochylimy się nad skutecznością tych automatycznych systemów. A przy okazji zobaczymy, jak stopniowo dokręcano śrubę, odbierając możliwości twórcom i widzom.

A w międzyczasie, jeśli mam tu na pokładzie jakichś rodziców, taka drobna porada: nie powierzajcie swoich dzieciaków YouTube’owi. Nawet jeśli całkiem w siebie nie wierzycie, raczej lepiej je wychowacie niż on i materiały spod znaku ElsaGate.

Do zobaczenia! :smile: